Red Bulletin

Adam Malysz

Adam Malysz

Mistrz przeszedł długą drogę, usłaną zarówno zwycięstwami, jak i porażkami. Patrząc wstecz, widzimy historię człowieka spełnionego i w końcu szczerze i szeroko uśmiechniętego. Proszę Państwa, Orzeł wylądował.

Jest jesień 2009 roku. Małe senne miasteczko w niczym nie przypomina zimowego kurortu, który podczas Świąt Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy tętni życiem i ma sześć razy więcej mieszkańców, niż poza sezonem. To Wisła – rodzinna miejscowość Adama Małysza, skoczka narciarskiego, który w sercach wielu Polaków plasuje się na drugiej pozycji, zaraz za Papieżem Janem Pawłem II.
Nasz bohater nie jest jednak typowym polskim celebrytą. Tak naprawdę celebrytą nie jest wcale, mimo że swoje miejsce w panteonie gwiazd ma zaklepane już od dawna. Małysz zawzięcie chroni swoją prywatność (wbrew tendencji powszechnej wśród sportowych gwiazd i gwiazdeczek). Żaden dziennikarz czy ekipa programu w stylu MTV Cribs nie przekroczyli dotąd progów jego domu.
„To jedyne prywatne miejsce w moim życiu, bez tego nie miałbym już nic” – mówi.

Naród kocha swojego Orła i okazuje to w przeróżny sposób. „Kamienie znikające spod mojego domu to już norma, chociaż nie wiem po co komuś taki kamień”. Od kiedy Adam stał się sławny, na sąsiedniej działce pojawiły się kilkupiętrowe pensjonaty z balkonami wychodzącymi bezpośrednio na ogródek Małysza (który ten nota bene bardzo lubi pielęgnować). „Zaraz za murem mojego domu biegnie droga. Któregoś ranka na środku mojego trawnika znalazłem pusty kosz na śmieci, ewidentnie przerzucony w nocy przez mur. Do kosza przyklejony był liścik: «Adam, sorry za to, że wrzuciliśmy Ci kosz do domu, ale jesteśmy Twoimi wielkimi fanami, bardzo Cię kochamy i po prostu musieliśmy to zrobić»”.

Dlatego też Adam buduje w Wiśle nową rodzinną siedzibę, położoną w miejscu bardziej niedostępnym dla obcych, ale bliżej rodziców i teściów. „Będzie bliżej na obiadki” – cieszy się. Po swoim rodzinnym miasteczku nie spacerował już od ponad siedmiu lat: „Właściwie przemieszczam się tutaj tylko samochodem. Z domu do biura burmistrza, gdzie z tyłu jest strzeżony parking i ewentualnie pod skocznię”.
Grupy fanów to coś, co najbardziej go krępuje,

„Nie ma co owijać w bawełnę. Najpierw skacze się dla pieniędzy, bo sportowiec musi utrzymać siebie i rodzinę. Potem dla wyników sportowych, aby coś osiągnąć. W końcu jednak przychodzi taki etap, kiedy skacze się przede wszystkim dla ludzi. Dla tych wszystkich ludzi, którzy wierzą w ciebie, podróżują po to, aby oglądać twoje skoki, są z tobą i jak mogą to wspierają”. Mistrz kocha swoich fanów.
Adam Małysz robi wrażenie człowieka pewnego siebie i zadowolonego z życia. Jakby nic sobie nie robił z tego, że wszyscy pytają go o koniec kariery, a komentatorzy sportowi, którzy niegdyś nadali mu status złotego cielca, a ostatnie dwa sezony oceniali jako „raczej słabe”, teraz znowu wynoszą go na panteon.

Ten wywiad rozpoczęliśmy przed igrzyskami w Vancouver, a zakończyliśmy w Lahti. Już na samym początku rozmowy stało się jasne, że Mistrz jest pewien olimpijskiego sukcesu. Skąd ta ogromna pewność siebie?
Zanim się tego dowiemy, Adam zdradza nam kilka sekretów.

RED BULLETIN: Co Cię napędza do działania, motywuje?
ADAM MAŁYSZ: To nie jest tak, że mam jeden cel i to wszystko. Dziennikarze często pytają, czy najbardziej motywuje mnie kasa. I coś w tym jest, a szczególnie było na początku, gdy zaczynałem skakać. W latach 1993 i 1994, kiedy powstawała nowa Polska Kadra Narodowa w skokach narciarskich, często śmialiśmy się z kolegami, że gdy już wygramy Puchar Świata, to kupimy sobie po maluchu. Potem marzeniem każdego z nas był używany VW Golf, sprowadzany z Niemiec. Cały czas odkładałem na to auto, a gdy 1996 roku wygrałem w Oslo, to pojechałem je kupić właśnie do Niemiec. Miałem farta.

Nabyłem Golfa III, czyli w ogóle rarytas! (śmiech) Wprawdzie był trochę rozbity, ale szwagier zaraz zrobił mi karoserię. W tam-tych czasach to było wielkie przeżycie. Później największą motywacją były kolejne wygrane. Chęć udowodnienia, nie tylko światu, ale też samemu sobie, że jest się w stanie przekraczać kolejne bariery i odnosić wielkie sukcesy. Jeszcze później największą motywacją był dla mnie fakt, że przynosiłem polskim kibicom radość. W pewnym momencie stało się to priorytetem. Pamiętam konkurs w Zakopanem – jeden z pierwszych, na który przyszło chyba ze sto tysięcy ludzi. Nie mieli gdzie się pomieścić, pełno ich było na polanach niedaleko skoczni. W nocy przechodzili przez płot i wspinali się na drzewa, ochrona nie dawała sobie z tym rady. Konkurs miał nawet zostać odwołany, gdy ludzie zaczęli się tłoczyć zbyt blisko zeskoku – strefy, gdzie już nie wolno wchodzić – i za Chiny nie można ich było stamtąd wyciągnąć.

W pierwszym konkursie zająłem dziewiąte miejsce i byłem załamany, bo przecież skakałem u siebie i dla Polaków. Nie spałem prawie całą noc, myślałem o tym jak to się mogło stać, jak ja pokażę się kibicom, którzy przyjechali specjalnie dla mnie, a ja jestem dziewiąty. O szóstej rano, gdy widzowie znów schodzili się na konkurs, słyszałem trąbki i takie tam, co jeszcze bardziej mnie denerwowało. Włączyłem telewizor, a tam leciały wypowiedzi kibiców odnośnie zawodów. Bałem się oglądać i słuchać. Bałem się tego co mogę zobaczyć, ale – ku mojemu zdziwieniu – każdy z przechodniów na Krupówkach był jak zaczarowany. Czy trzeźwy, czy pijany, każdy mówił: „Adam! Nic się nie stało, jesteśmy z tobą!”, „Będzie dobrze” i tak dalej.

To tak mnie podniosło na duchu, że mimo presji – jeszcze większej, bo po wcześniejszej porażce – wygrałem! Do tej pory, nawet w chwilach, gdy nie jestem w najlepszej formie, kiedy słyszę kibiców w Zakopanem i spikerów, podkręcających ludzi, by dodali mi otuchy lub fanów, krzyczących: „Kto dziś wygra? Adam Małysz!”, to mnie bardzo pozytywnie nastawia, nakręca. Gdy w Zakopanem idę na skocznię, na trening, nie słucham muzyki, specjalnie nie biorę słuchawek, bo tam mogę posłuchać naszych piosenek, hymnów. Czuję się patriotą i takie zachowania jeszcze bardziej napędzają mnie do działania. Przesada?

RED BULLETIN: Nie, ja się wzruszyłem. Myślę, że Polacy będą Ci zawsze dozgonnie wdzięczni za to, co zrobiłeś. O to nie musisz się martwić. Ciekaw jestem jednak, co masz z tego dla siebie? Przeszedłeś wielką metamorfozę, nie tylko jako sportowiec, ale jako człowiek. Spotkałeś się z niesamowitą popularnością, pieniędzmi i zainteresowaniem mediów. Nie wszystko musiało być przyjemne. Czego w tym czasie się nauczyłeś? Co Ci to dało, czego się dowiedziałeś?
ADAM MAŁYSZ: Gdy w 1996 roku wygrałem Puchar Świata i wróciłem do Polski z Norwegii, wybuchł wielki szał, a ja byłem skromnym chłopakiem z Wisły. Cały ten szum medialny był dla mnie prawdziwym horrorem. U nas zawsze dom był otwarty dla gości, każdy mógł wejść i spytać się o co chciał, nie musiał dzwonić dzwonkiem i czekać pod bramą. Wchodziło się prosto do babci, do kuchni. Aż od pewnego momentu zrobiło się tak, że ciągle ktoś wchodził i pytał tylko: „Czy jest Adam?” i od razu ładował się z kamerami do środka.

I co tu zrobić, gdy siedzisz w pokoju, a kamerzyści są już w kuchni? Zostawała mi tylko szafa. Po powrocie z Norwegii był taki moment, że dziennikarze jeździli za mną w zasadzie wszędzie, ciągle chcieli robić zdjęcia lub kręcić ujęcia. Raz jak przyjechali, to wszedłem do szafy i siedziałem tam ze trzy godziny, aż wyszli. Trzy godziny czekali w kuchni, myśląc że może wrócę do domu. To było bardzo trudne, chociaż teraz może miło powspominać. Jestem dumny, że nie odbiła mi tak zwana „szajba”. U nas, w naszych regionach, to bardzo popularne powiedzenie. Większość znajomych była przekonana, że jak osiągnę sukces, od razu pójdę w tango, rozpiję się albo ktoś mnie naciągnie i przepuszczę wszystkie zarobione pieniądze.

Okazało się, że może być zupełnie inaczej. Dałem sobie z tym radę. Na pewno najtrudniejszym okresem był czas Olimpiady w Nagano, gdzie nie miałem zupełnie żadnej formy, mimo że rok wcześniej wygrałem próbę przedolimpijską. To były wielkie oczekiwania i wielkie rozczarowanie, bo wypadłem najgorzej z Polaków. Wszedłem do ekipy, którą tam wysłano, a skakałem słabo. Po tym doświadczeniu chciałem rzucić wszystko, zakończyć karierę. Byłem już wtedy żonaty i miałem córkę. Niektóre media pisały, że to ich wina. Że od kiedy się ożeniłem, skaczę dziesięć metrów bliżej, a od kiedy urodziła się moja córka – dwadzieścia. To był wielki cios dla mojej rodziny. Gdy jechałem na Olimpiadę, żona płakała, że to przez nią mam słabszą formę i że do niej będą mieli pretensje. Jak wróciłem, powiedziałem że kończę karierę, trzeba pracować na rodzinę. Kasy nie było, stypendium nie dostałem, skakałem źle na Olimpiadzie. Powiedziałem, że pójdę pracować w swoim fachu, czyli jako blacharz-dekarz. Nigdy się tego zajęcia nie wstydziłem i zawsze potrafiłem to robić. Do tej pory, jak trzeba, to co potrafię, robię sam. Byłem już zdecydowany, ale to właśnie rodzina mnie nakłoniła, bym jeszcze spróbował, przyłożył się.

Powstała nowa grupa skoczków, pojawił się dr Jan Blecharz, Żołądź, Apoloniusz Tajner został trenerem. No i zaczęło się życie konia pociągowego. Od początku przykładałem się do wszelkich poleceń, jakie do mnie kierowali i po jakimś czasie było już troszkę łatwiej. W 1996 i 1997 roku wygrałem Puchar Świata, znów przeżyłem jakoś ten szum medialny, moment gdy wszyscy chcieli zrobić ze mną wywiad lub zaprosić mnie do programu. Po jakimś czasie znowu było źle, znów mnie wszyscy potępiali, a potem znów nadeszły sukcesy. Radziłem sobie coraz lepiej z mediami. Potrafiłem już odmówić i zdecydować, kiedy mogę coś wykonać, a kiedy nie. Byłem bardziej doświadczony. Na pewno dużo pomogły mi też słowa Espena Bredensena, dzisiejszego dziennikarza norweskiego Eurosportu. Gdy wygrywałem Turniej Czterech Skoczni w Bischofshofen, podszedł do mnie i powiedział: „Adam, jesteś wielkim sportowcem. Ale będziesz jeszcze większym, gdy nauczysz się odmawiać”. To zdanie na dobre utkwiło mi w pamięci.

Wcześniej zawsze chciałem być dobry dla każdego i czasem było tak, że po skokach jeszcze dwie, nawet trzy godziny stałem na wybiegu i marzłem, bo każdemu chciałem udzielić wywiadu, bo każdy prosił i prosił i prosił. Od tamtego czasu nauczyłem się odmawiać. Jak wiedziałem, że coś jest dla mnie niedobre, bo może spowodować, że będę chory czy w inny sposób przeszkodzi w dalszej karierze, to od razu odmawiałem. A gdy pytano się dlaczego, odpowiadałem: „Dlatego, że nie”. Proste. Nie muszę się tłumaczyć – jestem sportowcem, a nie showmanem.

RED BULLETIN: Jak dzisiaj znosisz ten cały szum medialny wokół Ciebie?

ADAM MAŁYSZ: Umiem odmawiać i wiem, co jest dla mnie dobre, więc jest mi zdecydowanie lżej. Zresztą ci dziennikarze, którzy pracują cały czas przy skokach narciarskich, dobrze mnie już znają i doskonale wiedzą, na co mogą sobie pozwolić, a czego nie lubię i na jakie pytania nigdy nie udzielę odpowiedzi. Wiedzą też, że jeśli sobie zaszkodzą, to później już mają u mnie przekichane. Znają mnie doskonale, ja też ich znam i wiem, kiedy i z kim mogę sobie zażartować. Lubię żarty, ale gdy zrobię komuś kawał, to potem często zastanawiam się, czy dobrze mnie zrozumiał i co myśli o tym, co powiedziałem. Niestety, bez bycia sobą i bez żartowania byłoby mi na pewno ciężko. Udźwignięcie tego wszystkiego, przede wszystkim presji związanej z mediami, to wielkie wyzwanie.

RED BULLETIN: Z tego wynika, że odnoszący sukcesy skoczek narciarski powinien nie tyle być lekki i dobrze zbudowany, co przede wszystkim twardy psychicznie, by znosić tego typu przygody.
ADAM MAŁYSZ: To zależy od charakteru. Są przecież zawodnicy bardzo lubiani przez media, którzy wręcz cały czas się w nich pojawiają, udzielają się, a przy tym są weseli i pogodni. Inni zawsze odbierani są jako mruki. Wiele zależy od tego, jakim jest się człowiekiem.

RED BULLETIN: Jak duża część Twojego sukcesu wiąże się z udziałem psychologów?
ADAM MAŁYSZ: Od ponad roku nie współpracuję już z psychologiem. Między 2000 a 2004 rokiem współpracowałem z dr Janem Blacharzem i był to bardzo owocny okres. Wtedy nauczyłem się wiele o pewnych kwestiach, które są ważne do dziś. Teraz mam inną pomoc psychologiczną: to ludzie z pozytywną energią którzy mnie otaczają, ze mną pracują, potrafią mi doradzić nie tylko w sprawie treningu, ale także w sferze mentalnej. Takie otaczanie się ludźmi, którzy cały czas są dobrej myśli, to jest psychologia. Niektórym zawodnikom psycholog jest potrzebny, ale pomoże tylko wtedy, kiedy zawodnik będzie wierzył w stu procentach w skuteczność takiej współpracy.

RED BULLETIN: Na czym polega współpraca zawodnika z psychologiem?

ADAM MAŁYSZ: Czasem są to sesje z biofeedbackiem, czyli maszyną relaksacyjną, jakieś tam seanse wyobrażeniowe albo to, co robiliśmy z dr Blacharzem, tak zwane powitanie słońca, elementy jogi. Nie zaprzeczam, że psychologia pomaga, jednak trzeba ćwiczyć regularnie i trzeba w nią wierzyć. Jeśli jest się chociaż trochę sceptycznym, to na pewno taka praca nie ma sensu. Dodatkowo, psycholog powinien być tylko psychologiem. Nie powinien ingerować w trening lub zbyt głęboko w osobowość zawodnika, tylko robić swoją robotę.

RED BULLETIN: Jak osiągać cele i odnosić sukcesy w życiu prywatnym?
ADAM MAŁYSZ: Dużo jest ludzi, którzy bardzo chcą osiągnąć swoje cele i mają je jasno sprecyzowane, jednak po drobnych porażkach szybko się zniechęcają. Sęk tkwi w tym, żeby po porażce umieć się podnieść i zmotywować na tyle, aby wyciągnąć właściwe wnioski i ruszyć dalej z jeszcze większą siłą. Potrzeba do tego jednak ogromnej wytrwałości, bo czasem zdobywanie celu może trwać bardzo długo. Wytrwałość jednak nie ma szans bez stuprocentowej wiary w sukces. To jest najważniejsze – brak zwątpienia i głęboka wiara w to, że się uda.

RED BULLETIN: Jaka jest rola otoczenia w drodze do sukcesu?
ADAM MAŁYSZ: Wsparcie bliskich oraz ich wiara w sukces są niesamowicie ważne. Nigdy nie usłyszałem czegoś negatywnego od rodziny i przyjaciół… Powiem więcej. Nigdy w życiu nie usłyszałem czegoś zniechęcającego od swoich fanów! Wręcz odwrotnie. Słyszałem tylko: „Adam, ty już tyle osiągnąłeś, że już nie musisz skakać, ty tylko możesz skakać dla przyjemności – twojej i naszej”. Polscy kibice nauczyli się doceniać ciężką pracę sportowców. Nasi kibice są po prostu wspaniali.

RED BULLETIN: No właśnie, fani. Jaka są Twoje relacje z fanami, możesz powiedzieć coś więcej na ten temat?
ADAM MAŁYSZ: Myślę, że moje relacje z fanami są bardzo dobre. Fani wiele wymagają ode mnie podczas zawodów, a ja staram się sprostać wszystkim ich oczekiwaniom. Często jest to trudne, bo kibice nie potrafią zrozumieć, że jestem na treningu i muszę oddać te sześć skoków, skoncentrować się pomiędzy nimi, porozmawiać z trenerem czy przygotować narty. Trudno im wtedy wytłumaczyć, że zapozuję do zdjęcia czy podpiszę autograf po treningu. Jestem w tym konsekwentny i nie robię wyjątków nawet, jak przychodzą z małymi dziećmi. Bo przecież z tyłu stoi pięćdziesięciu innych fanów i oni też chcą tylko na chwilę, więc czemu temu dziecku mam podpisać, a innym nie? Wtedy mówię, że gdy się skończy trening, podejdę, zrobię zdjęcia i rozdam autografy. Tak robię, ale to duży wysiłek.

RED BULLETIN: Skaczesz od bardzo dawna, widziałeś wiele generacji ludzi, którzy przyszli i odeszli w tym sporcie, młodych skoczków. Jak się zmieniają skoczkowie? Jak się ludzie zmienili od tamtej pory – od początku Twojej kariery do teraz?
ADAM MAŁYSZ: Chodzi o charaktery, podejście do sportu. Myślę, że dużo się zmieniło. Przede wszystkim, sport się zmienił. Stał się przedsięwzięciem finansowym, dużo zależy od sponsorów. Chciano, aby skoki narciarskie były czymś takim jak Formuła 1 zimą. Chciano z tego sportu zrobić coś ekskluzywnego. W całe przedsięwzięcie zaangażowała się bardzo stacja telewizyjna RTL.

Ponieważ skakali Schmitt, Hannawald – RTL-owi się chciało. Niemcy bardzo interesowali się skokami narciarskimi i wcale nie tylko Turniejem Czterech Skoczni, który był najbardziej prestiżowy. Kiedy były rozgrywane inne zawody, to przychodziło naprawdę mnóstwo ludzi, tak jak od 2000 roku w Polsce, w Zakopanem. Raz nawet pojechałem do Niemiec kręcić ze Schmittem spot dla RTL, żeby zareklamować Turniej Czterech Skoczni i rozpoczęcie sezonu. Bardzo fajnie to wyszło. Niedługo potem jednak się skończyło. RTL zrezygnował, bo Schmitt nie skakał tak dobrze jak Hannawald.

Obecnie w Niemczech nie ma takiego „konia napędowego”, zawodnika, który by napędzał zainteresowanie tym sportem, jak kiedyś Weissflog czy Thoma. Skoki straciły na popularności. Co jeszcze się zmieniło? Zawodnicy się zmieniają, przychodzą nowi, którzy mają różne charaktery, raz jest wesoło, innym razem nie. Zmieniła się jednak cała otoczka, zmienił się sprzęt, przepisy są dużo bardziej rygorystyczne. Trudno mi powiedzieć, do czego to wszystko dąży. Moim zdaniem najlepiej pozwolić, by każdy skakał tak jak chce. Nie byłoby takich cyrków ze sprzętem.

RED BULLETIN: Który moment w Twojej karierze, niekoniecznie związany z podium, najbardziej zapadł Ci w pamięć? Który wydaje Ci się najwspanialszy?
ADAM MAŁYSZ: Nie ma takiego jednego momentu, który byłby dla mnie najważniejszym – tym, do którego przywiązywał-bym największą wagę i twierdził, że to mój największy sukces. Ale moment, który najbardziej zapadł mi w pamięci, to podwójne Mistrzostwa Świata w Val di Fiemme. W tamtym sezonie nie wygrałem jeszcze żadnego Pucharu Świata, skakałem dosyć przeciętnie. Pojechaliśmy na trening do Ramsau i tam zacząłem skakać trochę lepiej, nadal nie wiedziałem jednak na jakim poziomie jestem, bo nie miałem kontaktu z innymi zawodnikami. Wcześniej odbył się plebiscyt na Najlepszego Sportowca Roku Przeglądu Sportowego i telewizji TVP.

Byłem jednym z kandydatów, obok Roberta Korzeniowskiego i Dariusza Michalczewskiego. Kiedy plebiscyt wygrałem, oni się tak trochę niefajnie wypowiadali. Mówili, że nie jest to plebiscyt na najlepszego, tylko na najpopularniejszego sportowca. Że ja wcześniej wygrałem Puchar Świata i wiele innych konkursów... – tak, że te ich wypowiedzi były dla mnie krzywdzące. Słyszeć coś takiego z ust sportowców, wybitnych sportowców?! Dostałem w Val di Fiemme takiego kopa, motywację, chciałem udowodnić, że jestem w stanie wygrać. Fajnie się ułożyło, bo pierwszy konkurs był na dużej skoczni. Skakałem tam cały czas do trójki i jak już wygrałem, wiedziałem, że nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać na średniej skoczni. Byłem wtedy bardzo pewny siebie! Nie okazywałem tego, nie jestem takim człowiekiem, by to okazywać, ale czułem w sobie, że nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać. No i skoczyłem rekord skoczni, przeskoczyłem bardzo wielu rywali i to było jakby zwieńczenie tego wszystkiego.

Pamiętam jeszcze jedną sytuację w Val di Fiemme: gdy prowadziłem w zawodach na dużej skoczni, dziennikarz z TVP podszedł do mnie i mówi coś takiego: „No to co? Pół złotego medalu już masz, skocz tak jeszcze raz i będzie cały złoty!”. Spojrzałem na niego i powiedziałem mu tak: „Widać, że nie jesteś dobrym dziennikarzem”. Zapytał, dlaczego tak sądzę. Powiedziałem mu: „Po pierwszym skoku takich rzeczy się zawodnikowi nie mówi. Jesteś chyba pierwszy raz na skokach i nie wiesz, jak się to robi. Trzeba się było spytać starszych kolegów”. Z jednej strony mogło mnie to bardzo zdeprymować i rozzłościć, ale ważne było, że powiedziałem co miałem do powiedzenia, odszedłem spokojnie i skoczyłem drugi skok bardzo dobrze.

RED BULLETIN: No dobrze, to był ten najfajniej zapamiętany czas w karierze. A najgorszy?
ADAM MAŁYSZ: Najgorszy był na pewno okres Olimpiady w Nagano. To był rok 1998, gdy byłem w totalnym dołku, nie skakało mi się zupełnie i miałem takie momenty, że chciałem kończyć karierę.

RED BULLETIN: Co dalej? Skoro zdobyłeś już prawie każde możliwe podium…

ADAM MAŁYSZ: Ale każde podium jest inne! Często zadaje mi się pytanie: które zwycięstwo było dla mnie najważniejsze. Odpowiadam, że każde jest inne i nie da się ich porównać. Do każdego sukcesu podchodzę z wielką radością i optymizmem. Gdybym powiedział, że zdobyłem już wszystko i kolejne zwycięstwo nie jest mi potrzebne, to po co miałbym dalej uprawiać ten sport? Złoto jest moim marzeniem i napędza mnie z roku na rok. Również w tym roku motywuje mnie do działania. Zawsze bałem się publicznie mówić, że trenuję po to, by zdobyć złoto, ale każdy po to trenuje. Trzeba tylko do tego dorosnąć oraz nabrać pewności siebie, by się do tego przyznać. Czy się to uda? Wielu zawodników o tym marzy. Warto więc dużo trenować, być optymistycznie nastawionym i zawsze myśleć pozytywnie.

RED BULLETIN: Adam Małysz na Olimpiadzie w Vancouver zdobył dwa srebra. Ostanie pytanie tego wywiadu zadaliśmy mu już po zwycięstwie. Ciągle był spokojny i pewny siebie. Co będzie robił Adam Małysz w oczekiwaniu na kolejne Igrzyska Olimpijskie?
ADAM MAŁYSZ: Ha ha ha. Zobaczymy co będzie. Nigdy tak daleko nie patrzyłem w przyszłość. Na razie, jak wszystko dobrze pójdzie, chciałbym wystartować w przyszłym roku na Mistrzostwach Świata w Oslo. A do Soczi może pojadę jako gość, może jako wsparcie dla kogoś… a może jako zawodnik. Nigdy nic nie wiadomo.
I Ty zostań Małyszomaniakiem!

www.malyszomania.com

 


Komentarze

    Dodaj komentarz

    * Wszystkie pola muszą być wypełnione.
    Postaraj zmieścić się w 2000 znakach :
    Przepisz słowo z obrazka obok, aby móc zamieścić komentarz.

    Artykuł Szczegóły