Jeden z najważniejszych filmowców Hollywood. Podczas gdy reszta już dawno przeszła na emeryturę, 80-letni reżyser i aktor nadal zachwyca swą pracą.
„Osiemdziesiątka to nowe siedemdziesiąt dziewięć i trzy czwarte” – mówi Clint Eastwood. To jeden z jego typowych żartów. Sugeruje, że w jego życiu wydarzy się coś ważnego – trzydziestego maja kończy okrągłe osiemdziesiąt lat – i jednocześnie daje do zrozumienia, że urodziny, które dla większości mężczyzn (zwłaszcza reżyserów filmowych) oznaczają przytłaczającą starość i nieuchronny koniec wszystkiego, w jego przypadku niewiele zmienią. W końcu jest u szczytu kariery. On i jego aktorzy wciąż zdobywają nominacje i Oscary, a on wzbudza podziw i szacunek całego świata.
A to jeszcze nie koniec. Clint kończy właśnie post-produkcję filmu „Hereafter”, opartego na niezwykle zawiłym scenariuszu Petera Morgana („The Queen, Frost/Nixon”).
Jak sam Eastwood stwierdza, film ten to „bardzo romantyczna historia” ludzi, którzy na skutek doświadczenia śmierci otrzymali mistyczną moc rozumienia życia pozagrobowego. Matt Damon gra w nim główną rolę mężczyzny zmagającego się z tym darem. Partneruje mu belgijska aktorka, Cécile De France, wcielająca się w postać dziennikarki, która sama spojrzała śmierci w oczy podczas tsunami i od tamtej pory próbuje zrozumieć to, czego doświadczyła. Jak na prawdziwego realistę przystało, Eastwood niekoniecznie wierzy w życie po śmierci i filmem tym atakuje szarlatanów, opowiadających zmyślone historie z tym związane. Jednak ciekawość reżysera przyczynia się do przeprowadzenia wnikliwej analizy ludzkiej świadomości w tym stanie. „To bardzo ciekawy temat” – mówi. A ciekawe niekonwencjonalne tematy to jego specjalność.
Weźmy na przykład jego następny film.
Po planowanej kilkumiesięcznej przerwie – nakręci trzy filmy w ciągu dwóch lat – Clint rozpocznie pracę nad produkcją, która okazać się może jego najbardziej elektryzującym projektem. Będzie to wyjątkowo obiektywny, a w związku z tym wyjątkowo druzgocący film biograficzny, opowiadający historię J. Edgara Hoovera – niesławnego szefa amerykańskiego FBI. Jest to historia genialnie napisana przez Dustina Lance Blacka – zdobywcę Oscara za film „Obywatel Milk” – przedstawiająca 40 lat urzędowania „najlepszego gliny Ameryki”. Zatytułowana po prostu „Hoover”, przedstawia w złośliwy, momentami pełny czarnego humoru sposób biurokratyczną mentalność: Hoover to mężczyzna dosłownie zakochany w swoim zbiorze akt zawierających kompromitujące informacje o członkach politycznej elity Ameryki, który daje mu władzę nad ich karierami, nie mówiąc już o sławie, którą umiejętnie wykorzystuje.
W pewnym sensie jest to dla Clinta projekt niebywały, biorąc pod uwagę fakt, że w całej swojej karierze (64 filmy, z których 29 sam wyreżyserował) nakręcił tylko jeden dramat biograficzny – „Bird” w 1988 roku – i nigdy wcześniej nie zajmował się filmem tak otwarcie poruszającym kwestie polityczne. Z drugiej strony fakt ten w ogóle nie dziwi, ponieważ od 2003 roku, kiedy to wyreżyserował doskonały dramat kryminalny „Rzeka tajemnic”, Clint angażował się w projekty zupełnie odbiegające od tematyki, na której skupiał się w poprzednich latach. Wiele z filmów nakręconych w późniejszych latach jego kariery łączą z ich poprzednikami te same korzenie gatunkowe. Jeśli chodzi o tematykę, „Za wszelką cenę” nie ma nic wspólnego z „Listami z Iwo Jimy”, które z kolei nie łączy nic z „Oszukaną” czy „Gran Torino”. Jednak przez całą jego karierę – zaczynając od zapomnianego, ale wybitnego „Oszukanego” z 1971 roku – wykazywał zainteresowanie filmami o prawie, przestępcach i kowbojach. Nawet po przełomowym sukcesie filmu „Bez przebaczenia” z 1992 roku, wciąż wracał do tego gatunku, a jeden z jego obrazów – „Prawdziwa zbrodnia” z 1999 roku – uważam za niemal idealny przykład tego typu filmów: trzymający w napięciu, a jednak poważny; interesująco zabawny, a jednak z elementami tragicznymi.
Pełna wersja tekstu znajduje się w czerwcowym wydaniu Red Bulletina.
Clint Eastwood
Red Bulletin

Komentarze
Dodaj komentarz