W chwilach triumfu i tragedii Nowy Orlean może liczyć na ukochane brass bandy.
Wentylatory sufitowe leniwie zataczają koła na głowami gości, wykazując niewielkie zaangażowanie w rozwiewanie ciężkiego powietrza i dymu papierosowego unoszącego się pod blaszanym sufitem klubu Maple Leaf.
Mieszanka białych i czarnych twarzy oraz nierównomiernie przepoconych koszulek i topów szczelnie wypełnia podłużną salę, na końcu której dziewięcioosobowa grupa muzyków bez pośpiechu rozgaszcza się na scenie. Zajmują swoje pozycje, a niskiego wzrostu mężczyzna
w białej podkoszulce bez ramion, z puzonem w ręku, chwyta jeden z mikrofonów.„Gotowi na Rebirth (ang. odrodzenie)?!” – wykrzykuje słowa, które w Nowym Orleanie nabierają wyjątkowego znaczenia.
Na tyłach sceny rozbrzmiewają próbne dźwięki – wielki Derric Tabb testuje bęben mały i basowy, a Tuba Phil zaczyna grać pierwsze energiczne i łagodne zarazem takty piosenki otwierającej koncert, będącej natchnionym funkiem i R&B, hołdem dla muzyki brass bandów, która od ponad 100 lat jest znakiem firmowym tego miasta.
Przeczytaj całą historię w najnowszym numerze Red Bulletina.
Gotowi na odrodzenie

Komentarze
Dodaj komentarz