Freeriding w Libanie. Myślicie pewnie, że to żart. Ale ci trzej górale są całkiem serio
Liban nie zajmuje wysokiej pozycji na liście wymarzonych miejscówek narciarskich. Gdy rok temu razem z Józkiem Gąsienicą-Gładczanem i naszym dobrym przyjacielem fotografem Marcinem Kinem wpadliśmy na pomysł eksploracji egzotycznych lokali zacji w Libanie, wielu pukało się w głowę. „Czy tam w ogóle są góry? Jest śnieg? Nie toczy się tam czasem wojna?”.
Z tym, że gór i śniegu nie ma, nie chcieliśmy się spierać; górala w góry ciągnie
i swoje nosem wyczuje. Z tym trzecim argumentem, że w Libanie jest trochę jak na wojnie, nie było już wcale tak łatwo.
Pojedziemy, zobaczymy i wszystko będzie jasne. Z czasem nasz plan zaczął nabierać realnych kształtów. Chcieliśmy za wszelką cenę odkryć nowe horyzonty naszej pasji, robiąc freeride’owe zdjęcia na niepowtarzalnych trasach, ciesząc się niezwykłym puchem i prezentując tubylcom coś nowego – speedriding – połączenie paraglidingu i narciarstwa ze skokami i przelotami na stoku. Freeride to moja domena, speedriding to domena Józka. Domena Kina to piękne zdjęcia. Jednak nasze przygody zaczęły się wcześniej, niż planowaliśmy.
Od długiego już czasu w Libanie panował spokój, ale sytuacja ta uległa drastycznej zmianie, i to dokładnie w momencie, gdy w Warszawie wsiadaliśmy do samolotu.
Przeczytaj całą historię w najnowszym numerze Red Bulletina.
Jazda w Libanie

Komentarze
Dodaj komentarz