Łowienie krabów na Morzu Beringa między Rosją a Alaską to nie zawód, tylko powołanie, oraz jeden z najniebezpieczniejszych sposobów zarabiania pieniędzy. Macie mimo to ochotę na tę odjechaną pracę? Fotograf-rybak Corey Arnold, otwiera swoje archiwum zdjęć i dorzuca kilka lodowatych tekstów.
Właściwie powinienem napisać ten tekst w swojej koi, po kolejnym 20-godzinnym dniu pracy na oblodzonym pokładzie kutra do połowu krabów, z piętrzącymi się za bulajem 10-metrowymi falami. Te strony powinny być wysmarowane wnętrznościami dorsza i śmierdzieć olejem napędowym. Kiedy zaś grawitacja chciałaby koniecznie wyrzucić mnie z łóżka, powinienem biadolić, że nie mogę spać, bo moje obolałe ręce są zbyt opuchnięte, żeby przyjąć krew pompowaną w ich kierunku przez serce. Tak – wtedy być może wszystkimi zmysłami moglibyście doświadczyć tego piekła zwanego łowieniem krabów na Morzu Beringa.
Jednak nawet gdybym wydobył z siebie jeszcze trochę energii i napisał ten tekst w czasie rejsu, powstałyby jakieś brednie złożone z moich samotnych, gniewnych i irracjonalnych myśli. Zamiast tego zrobiłem kilka zdjęć tej parszywej roboty. Fotografie, które tu oglądacie, są wynikiem siedmiu lat mojego – opartego na miłości i nienawiści – związku z pracą na kutrach do połowu krabów na Morzu Beringa.
Łowię zawsze ze 107-stopowego, czyli w przeliczeniu 33-metrowego kutra. Nasza załoga to pięć osób wraz z kapitanem. Jesteśmy zgranym zespołem, a naszym celem są kraby królewskie i śnieżne. Łowienie krabów to coś dla ludzi, którzy chcą jak najszybciej zarobić dużo pieniędzy i są gotowi w tym celu narazić swoje zdrowie. Na kutrze wszędzie czyha niebezpieczeństwo bolesnych urazów. Wypełnione krabami klatki połowowe (więcierze) o wymiarach siedem na siedem stóp (2,1 × 2,1 m), z zespawanych stalowych prętów i nylonowych sieci, ważą po blisko 1700 funtów (ok. 800 kg). Przeniesienie takiej klatki przez reling przy wysokiej fali i umieszczenie na pokładzie można pod względem trudności porównać z próbą złapania po pijanemu pracującej gruszki do wyburzania budynków.
Mogę mówić o farcie, że po siedmiu latach tej roboty mam jeszcze wszystkie palce obu dłoni. Nasz pierwszy mechanik nie miał tyle szczęścia: został prawie zmiażdżony między dwoma więcierzami. Przeżył, ale miał siedem złamanych żeber oraz pourazową odmę opłucnową, którą lekarze nazywają ładnie po łacinie pneumothorax. Mimo to jestem pewien, że w przyszłym roku znowu zobaczymy go na pokładzie.
Pełna wersja tekstu znajduje się w czerwcowym wydaniu Red Bulletina.

Komentarze
Dodaj komentarz