Sześć razy z rzędu w pięknym stylu wygrał Rajdowe Mistrzostwa Świata WRC i wciąż nie daje się pokonać najtrudniejszym trasom na świecie. Jak poradzi sobie z podchwytliwymi pytaniami Red Bulletina?
Bohaterowie, zwłaszcza w egocentrycznym świecie sportów motorowych, nie powinni być tak niewiarygodnie normalni. A jednak Sébastien Loeb, który tytuł mistrza WRC zdobył aż sześć razy z rzędu i wygrał dwa razy więcej rajdów mistrzostw świata, niż jakikolwiek inny kierowca w historii sportu (57 do czasu opublikowania tego artykułu) – nie zachowuje się jak supergwiazda. Ludzie analizujący najdrobniejsze szczegóły jego talentu wprawiają go w zakłopotanie i wciąż podkreśla, że prowadzi całkiem przeciętne życie.
Ale w rzeczywistości jest zupełnie odwrotnie. Mogłoby się wydawać, że Francuz jest w stanie zrobić wszystko, co tylko przyjdzie mu do głowy: jako nastolatek odnosił sukcesy w gimnastyce (twierdzi, że to nauczyło go opanowania i równowagi potrzebnych do prowadzenia samochodu wyścigowego), a trzy lata temu prawie wygrał słynny 24-godzinny wyścig w Le Mans już przy pierwszym podejściu.
W zeszłym roku niewiele brakowało, a w jego imponującym CV znalazłaby się także pozycja „kierowca Formuły 1”. Wstępny plan umieszczenia Loeba za kierownicą bolidu Scuderia Toro Rosso w drugiej połowie sezonu 2009 nie doszedł do skutku, ale pojawiła się szansa na start w GP Abu Dhabi pod koniec roku. Niestety Loeb nie uzyskał wymaganej do startu licencji, która z typową dla F1 przesadą nazywana jest „superlicencją”. Séb zbytnio się tym nie przejął. Królowanie w jednej dyscyplinie motorowej na obecną chwilę mu wystarcza. Rodzi się więc pytanie...
RedBulletin: Czy jesteś najlepszym kierowcą wszechczasów w każdej dyscyplinie sportów motorowych?
Sébastien Loeb: Nie mnie to oceniać. Prawda jest taka, że nie da się porównać kierowców – a właściwie żadnych sportowców – z różnych dyscyplin. Jest zbyt wiele aspektów. I niezależnie od tego, jak jesteś dobry, zawsze możesz być lepszy. Krótko mówiąc, nie jestem.
Żałujesz, że nie zostałeś kierowcą Formuły 1?
Nie bardzo. Koniec końców chodziło tylko o dobrą zabawę. Nigdy nie miałem wielkich ambicji związanych z F1, a szansa na udział w Grand Prix była jednorazowym prezentem od Red Bulla. Nie miałem złudzeń – w samochodzie wyścigowym tracę zaledwie sekundę na okrążeniu w stosunku do najlepszego czasu. W bolidzie byłoby więcej. Nie wiem nawet, czy jestem wystarczająco silny fizycznie. Ciężko trenowałem, ale nie mogę powiedzieć, że byłbym doskonale przygotowany. Jednak fajnie byłoby spróbować.
Czyli dasz Formule 1 jeszcze jedną szansę?
Nie, jeśli nie dostanę superlicencji. Niech będzie, że nie spełniałem wymogów. Aby otrzymać licencję uprawniającą do startu w F1, trzeba było regularnie startować w formule juniorów, a ja tego warunku nie spełniłem. Jeśli teraz nie przyznano mi licencji, to nie sądzę, bym otrzymał ją w przyszłości. Zgodziłem się na udział w GP Abu Dhabi, ponieważ była to niepowtarzalna okazja. Nie udało się i tyle. Ale z chęcią przetestowałbym bolid F1, jeśli ponownie nadarzyłaby się taka okazja.
Czy nie najwyższa już pora, żebyś przestał wygrywać?
Nie. Myślę, że nigdy mi się to nie znudzi. A Tobie by się znudziło? Jak się znudzę, to przestanę. Ale nie nastąpi to prędko.
Pełna wersja tekstu znajduje się w czerwcowym wydaniu Red Bulletina.

Komentarze
Dodaj komentarz