Naczelny śmiałek Ameryki, 26-latek z Maryland, regularnie daje popisy odwagi i zręczności, których pozazdrościłby mu sam Evel Knievel. Ale jak się okazuje – w tym szaleństwie jest metoda.
31 grudnia 2009 roku, godz. 21:00, Long Beach, Kalifornia. Travis Pastrana siedzi za kierownicą usprawnionej Subaru Imprezy STi, trzyma nogę na gazie, a rękę na dźwigni zmiany biegów. Światła licznych reflektorów odbijają się od powierzchni długiego na 305 metrów rozbiegu. Na jego końcu wyłania się z ciemności stroma rampa. A dalej za nią, na zacumowanej w przystani barce, spoczywa lądowisko.
Już czas. Pastrana daje znak, że jest gotowy. Technik trzymający w ręku walkie-talkie spogląda przez okno. „Armatki wodne z przepływającej łodzi pożarniczej spryskały rampę” – przekazuje Pastranie. „Będzie ślisko”.
Pastrana dokładnie wie, co to oznacza. Spędził trzy dni na pustyni, ćwicząc ten skok. Rozbił jeden samochód, koziołkując kilkakrotnie z prędkością 105 km/h. Na własnej skórze odczuł działanie praw fizyki. Zdaje sobie więc sprawę, że śliskie lądowisko pozbawi go przyczepności i będzie problem z hamowaniem. Zakładając, że w ogóle doleci do lądowiska. Jeśli barka przesunie się choćby o metr, Pastrana przeleci obok i wyląduje na dnie zatoki – uwięziony wewnątrz zgniecionego Subaru ze złamanym kręgosłupem.
Tak czy owak, wypadek murowany.
Pastrana dobrze pamięta radę, której dawno temu udzielił mu ojciec: „Kiedy już powiesz, że coś zrobisz, przygotuj się najlepiej jak możesz i spróbuj ograniczyć szkody” – mówił jego „staruszek”.
Odpala silnik. Samochód gwałtownie wyrywa, a uwolniona moc wciska Pastranę w fotel. Gdy licznik pokazuje 160 km/h, Subaru dociera do rampy. Potem wznosi się w powietrze i w stanie nieważkości szybuje po czarnym nocnym niebie.
O istnieniu Travisa dowiedziałem się – tak jak miliony ludzi – dzięki YouTube. Jedno kliknięcie i zobaczyłem zaspanego, pozbawionego koszulki mężczyznę, który niby dopiero co przebudził się z drzemki. Mężczyzna otwiera puszkę Red Bulla, wypija napój i wyskakuje z... samolotu. Gwałtownie spadając, wykonuje backflipa, później kolejnego, a następnie łapie się skoczka spadochronowego, z którym bezpiecznie wraca na ziemię. Jak chyba każdy, kto właśnie to zobaczył, pomyślałem: „Co z mózgiem tego faceta jest nie tak?”.
W moim przypadku pytanie to nie tylko zwykła ciekawość. Jestem dziennikarzem naukowym specjalizującym się w próbach zrozumienia funkcjonowania ludzkiego mózgu w sytuacjach śmiertelnego zagrożenia. Moje badania opierają się między innymi na rozmowach z pilotami, którym udało się wylądować, mimo utraty skrzydła, wędrowcami, którzy rozegrali nierówne walki z niedźwiedzicami grizzly oraz miłośnikami skuterów śnieżnych, którzy przetrwali śmiercionośne lawiny. Ale nigdy, aż do teraz, nie spotkałem się z kimś, kto dobrowolnie wyskoczyłby z samolotu bez spadochronu.
Pełna wersja tekstu znajduje się w czerwcowym wydaniu Red Bulletina.
Travis Pastrana

Komentarze
Dodaj komentarz