Marc Coma opowiada o problemie, z którym borykał się na przedostatnim etapie Rajdu Dakar 2012, a który kosztował go prowadzenie w klasyfikacji generalnej.
Przed każdym Dakarem wiemy, że będzie ciężko. Rajd jest bardzo długi, co oznacza, że wszystko jest możliwe. Trzeciego dnia tegorocznej edycji popełniliśmy błąd i od tamtej pory musieliśmy nieustannie starać się wrócić do gry. Oznaczało to dawanie z siebie wszystkiego każdego dnia, na każdym kilometrze. To była nasza jedyna opcja.
Udało nam się zmienić sytuację dzięki odrobieniu starty do lidera, co zwiększyło wachlarz możliwości. Wydawało nam się, że jesteśmy już na lepszej pozycji, ale wtedy sędziowie postanowili oddać niektórym kierowcom stracony wcześniej czas. Mimo tego i tak byliśmy na szczycie rywalizacji i do samego końca dawaliśmy z siebie wszystko.
Od początku wiedziałem, że będzie mi dziś ciężko utrzymać prowadzenie, ponieważ startowałem jako pierwszy. Na 26 kilometrze popsuła się moja skrzynia biegów. Wylądowałem po skoku i usłyszałem straszny dźwięk dobiegający z wnętrza mojego motocykla. Jak się okazało, nie miałem już możliwości wrzucenia drugiego ani trzeciego biegu i w tym momencie zrozumiałem, że to nie będzie mój rok.
Wielka szkoda, ponieważ cały team ciężko pracował, bym miał szansę zawalczyć o zwycięstwo. Kiedy walczy się o każdy kilometr, ciężko jest poradzić sobie z problemem, który pojawia się już tak blisko końca i kosztuje tyle czasu. Dziwnie się teraz czuję, ponieważ w przypadku Dakaru dotarcie tak daleko jest wspaniałym osiągnięciem, ale jednocześnie wiem, że miałem zwycięstwo w zasięgu ręki.
Uważam, że tegoroczna rajdowa rywalizacja pomiędzy mną a Cyrilem była naprawdę interesująca. Obydwoje dawaliśmy z siebie wszystko. Ostatecznie zajmujemy drugą pozycję, ale taki jest Dakar i nigdy nie będzie łatwo.
Śledź poczynania Marca na stronie Red Bulla poświęconej Rajdowi Dakar 2012.

Komentarze
Dodaj komentarz